Archiwum strony
-
▼
2016
(708)
- ► października (47)
-
►
2015
(686)
- ► października (17)
-
►
2014
(840)
- ► października (36)
-
►
2013
(764)
- ► października (47)
-
►
2012
(574)
- ► października (47)
-
►
2011
(188)
- ► października (9)
Ludzie różnie spędzają wakacje. Jedni rzucają wszystko i wyjeżdżają w Bieszczady. Inni wolą rozkoszować się urokami nadmorskich kurortów. Tutaj rzecz dotyczy w dużym stopniu pań, które na plaży ciężko pracują o naturalną opaleniznę. Jednak są pewne kobiety, które wolą spędzać lato w nieco inny, bardziej produktywny sposób, a mianowicie skaczą na nartach. Zamiast myśleć o kąpielach w morzu ich głowy zaprzątnięte są głodem skakania. Latające babki mają za sobą kolejny cykl w ramach Letniej Grand Prix.
![]() |
| fot. Kamil Soczewka |
![]() |
| Wisła - Malinka w całej swojej okazałości |
Jak dobrze wiemy, czasem nawet najbardziej zajmujące hobby musi zostać odłożone na bok, gdy życie zrzuci na ciebie natłok wszelkich obowiązków. Jednak teraz autor ze spokojnym sercem może powiedzieć: Seria "Następny Przystanek" powraca! I to w idealnym momencie, ponieważ czeka nas impreza wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju, zapewniająca wielkie emocje! Już po raz drugi karuzela pucharu świata przeniesie się do polskiego kraju mlekiem i miodem płynącego. Przed nami weekend w Wiśle!
W Bad Mitterndorf skoczkowie się wykazali i mieli okazję trochę polatać. Jednak niezależnie od wielkości skoczni znowu to Prevc okazał się najlepszy. Pora opuścić Austrię i pożegnać się na chwilę z lotami narciarskimi. Wracamy na mniejsze, aczkolwiek niemniej fascynujące skocznie. Czołówka światowa ponownie wsiada do skokowego autobusu, który tym razem obrał kurs do Polski. Zapraszamy do Zakopanego, czyli biało-czerwonej krainy czarów!
Robimy małą przerwę od karuzeli związanej z pucharem świata. Skoczkowie w ten weekend już nie będą skoczkami, zaś lotnikami. Dzielni pogromcy skoczni będą podczas najbliższych dni następcami Ikara, który wg mitu miał wzbić się na skrzydłach ku słońcu. Skoczkowie mają narty zastępujące skrzydła, a także wielką chęć lotu. Co prawda nie jak najwyżej, za to jak najdalej. Czeka nas druga (i ostatnia) po Turnieju Czterech Skoczni wielka impreza sezonu. Tym razem skoczkowie przeniosą się do Tauplitz/Bad Mitterndorf, gdzie zostaną rozegrane mistrzostwa świata w lotach.
![]() |
Skoczkowie mają za sobą długi i wyczerpujący postój na przystanku "Turniej Czterech Skoczni". Niektórzy skoczkowie świetnie się bawili (przede wszystkim Peter Prevc), zaś inni tylko się wymęczyli (np. Polacy). Jednak zawodnicy nie mają za dużo czasu na odpoczynek, bo skokowy autobus już rusza do kolejnych miejsc. Wracamy do Niemiec. Ostatnie konkursy przed mistrzostwami świata w lotach odbędą się na skoczni, która jest duża i lotna, dlatego może idealnie się sprawdzić przed rozgrywkami na mamucie. W ten weekend odwiedzimy Willingen.
![]() |
| 64. Turniej Czterech Skoczni przed nami! |
Pierwszy period pucharu świata 2015/2016 za nami. Dla jednych był on pełen sukcesów, inni go będą kojarzyć z falą rozczarowań. Za nami również Boże Narodzenie, które było dla skoczków czasem relaksu... i obżarstwa, na które rzadko kiedy mogą sobie pozwolić. Jednak odpoczynek od skoków nie oznacza również czasu w pełni wolnego od treningów. Skoczkowie muszą budować formę, ponieważ nadciąga bardzo wyczerpująca impreza. A jak to bywa na długich i ciężkich imprezach, niektórzy zawodnicy, zwłaszcza ci mało "wprawieni" mogą po prostu nie wyrobić. Przed nami Turniej Czterech Skoczni!
![]() |
| Źródło: depositphotos.com |
![]() |
| Skocznie w Niżnym Tagile (źródło: skisprungschanzen.com) |
![]() |
| Kompleks skoczni Lysgardsbakken (źródło skisprungschanzen.com) |
![]() |
| Skocznia Rukatunturi w Kuusamo |
KUUSAMO - ZNOWU TO SAMO
![]() |
| Thomas Morgenstern - jedna z "ofiar" Kuusamo |
RUKA W PUCHARZE ŚWIATA
![]() |
| Kazuyoshi Funaki (źródło: schanzenfotos.de) |
PARAMETRY SKOCZNI - CZYLI ZA CO KUUSAMO DA SIĘ LUBIĆ?
Nie ukrywam, że mimo natarczywego czasem wiatru tę skocznię uwielbiam. Rukatunturi jest jedną z bardziej lotnych skoczni w kalendarzu pucharu świata. Może i punkt K jest zwyczajny, bo usytuowany na 120 metrze, no ale wielkość skoczni to 142 metry, a sam charakter pod względem profilu skoczni czyni tę skocznię jakby "mini-mamutem", przez co loty zawodników wyglądają naprawdę widowiskowo. Na dodatek jak już wieje korzystny wiatr, to mamy do czynienia z widowiskiem pierwszorzędnym, które nie każda skocznia jest w stanie zapewnić wymagającym kibicom.
SKOCZNIA LAPOŃSKA, A SPRAWA POLSKA
| Marcin Bachleda |
Przed konkursami w Finlandii polscy kibice zawsze są pełni trwogi, bo to jednak nie jest ulubiona skocznia Polaków. Nawet Adam Małysz, który ma na swoim koncie 39 zwycięstw, ani razu nie wygrywał w Kuusamo, za to trzy razy stawał na drugim stopniu podium: raz w 2002 i dwukrotnie w 2003 roku, no ale nawet przy wielkiej formie naszemu skoczkowi z Wisły nie udało się zająć tego najwyższego miejsca na podium podczas zawodów w dalekiej i mroźnej Finlandii. Kamil Stoch tutaj nigdy nie stawał na podium, najwyżej był na miejscu czwartym w 2011 roku. Chyba tylko o jednym skoczku polskim można powiedzieć, że ma dobre wspomnienia z tą skocznią... a właściwie to jedno wspomnienie. Mowa mianowicie o Marcinie Bachledzie. "Diabełek" właśnie w Kuusamo miał konkurs życia, kiedy to dostał diabelskiej mocy i wykręcił życiówkę w historii swoich startów w pucharze świata, a mianowicie jedenaste miejsce. Nie jest to może jakieś wybitne osiągnięcie, ale zawsze coś.
CZEGO SIĘ SPODZIEWAĆ W TYM ROKU?
![]() |
| Noriaki Kasai - ubiegłoroczny zwycięzca |
![]() |
| Peter Prevc - kandydat do wygranej? |
W ten weekend skoki zeszły nieco na drugi plan z powodu decydujących rozstrzygnięć i ogromnych emocji, jakie zapewnili nam nasi szczypiorniści. Po meczu o brąz długo nie mogłem ochłonąć i zastanawiam się czy podobny stan ducha wywołają u mnie nasi skoczkowie na mistrzostwach świata w Falun? Będzie ciężko bowiem ostatni test drużynowy został oblany na całej linii i dyskwalifikacja Kamila nie miała tu wiele do rzeczy, bo po pierwszej serii i tak byliśmy daleko od medalu. Zbyt daleko. Naszym skoczkom potrzeba takiego Michała Szyby, który wchodzi na scenę i nie klęka przed niedawnymi mistrzami świata tylko rzuca im osiem goli, z tego jednego ratującego nam życie w ostatniej sekundzie. Musi mieć chłop charakter.
Mam dla ciebie dobrą i złą wiadomość, którą chcesz najpierw? Znacie ten tekst, prawda? Wykorzystany na tysiąc sposobów w życiu codziennym, w filmach i kawałach, oklepany i przystosowany do każdej sytuacji, tekst którego można użyć w każdym kontekście, tekst który czasem bawi, często martwi, zawsze wzbudza niepewność i zapewnia właściwie wszystkie uczucia, jakie można sobie wyobrazić. Taki tekst, który można zastosować zawsze i wszędzie. Ubzdurałem sobie, że go wykorzystam w pierwszym felietonie tego sezonu, bo właściwie czemu nie, skoro można się nim zabawić na wszelkie sposoby. Nie przewidziałem tylko jednego. Po trzech weekendach tej zimy, nawet sarkastycznie, nie mam czego podczepić pod dobrą wiadomość.
Sportowi kibice Barcelonę kojarzą przede wszystkim dzięki grającej tam piłkarskiej ekipie Blaugrany. Tym razem stolica Katalonii stała się ważnym miejscem dla fanów sportów zimowych. W tym nijak nie spokrewnionym ze skokami narciarskimi miejscu czekaliśmy na ogłoszenie wielu bardzo ważnych dla tej dyscypliny decyzji.
Zacznijmy od największej bomby minionego kongresu FIS. Ogromną burzę wywołały nowe przepisy rozgrywania konkursów lotów narciarskich. Międzynarodowa Federacja Narciarska postanowiła podzielić w pierwszej serii zawodników na cztery grupy. Do drugiej rundy miałoby awansować po sześciu najlepszych z każdej z nich, a do końcowego wyniku oprócz dwóch skoków z głównych zawodów, byłby dołączany rezultat z kwalifikacji. W internecie szybko podniósł się lament, że to ciężkie do zrozumienia, że to cyrk, że wypaczy to wyniki. Dla mnie system rzeczywiście ma wiele wad, lecz nie prezentuje się tak źle, jak ostatnie pomysły Hofera i spółki.
Mała uwaga: Nie wiadomo w stu procentach, jak zawodnicy zostaną rozdzieleni w grupach po kwalifikacjach. Mam jednak nadzieję, że w Międzynarodowej Federacji Narciarskiej nie pracują kompletni ignoranci i obok siebie nie znajdzie się najlepsza dziesiątka kwalifikacji. Jeżeli podczas LGP zobaczymy ten niechciany przez kibiców podział grup, będę musiał się zgodzić z przeciwnikami nowego pomysłu autorstwa FIS. System, w którym kosztem światowej czołówki PŚ do drugiej (a właściwie to trzeciej) rundy będą awansować zawodnicy z zaplecza, nie ma zwyczajnie sensu. Nie potrafię sobie jednak wyobrazić, by ktoś przepuścił coś takiego - nawet nasz skokowy Krzysiu Jarzyna.
Według mnie, największą zaletą nowego systemu jest to, że na końcowy wynik składa się łączna nota z trzech serii - dzięki temu wyniki powinny stać się bardziej sprawiedliwe. Nie będzie można liczyć na jednorazowy wyskok, a swoje miejsce trzeba będzie przypieczętować trzema solidnymi próbami. Konkursów na mamutach mamy mało i przy wyłanianiu ich zwycięzców nie powinno znaleźć się miejsce dla przypadku.
Dodatkowo, jeżeli FIS rozdzieli zawodników w rozsądny sposób i mocni skoczkowie zostaną rozmieszani po czterech grupach, będziemy świadkami dalekich lotów przez całą serię w miarę równych odstępach. Nie powtórzy się sytuacja z Vikersund z 2011 roku, kiedy to mniej-więcej do piętnastego numeru startowego wszyscy lądowali w okolicach buli. Ustawienie najlepszych w różnych miejscach listy startowej zapobiegnie temu i podniesie w pewnym stopniu widowiskowość zawodów.
Problem z tą propozycją FIS-u jest jednak taki, że w dzisiejszych czasach nie sprawdzi się najlepiej. Bez systemu rekompensaty i przy starych kombinezonach jury nie mieszało tak bardzo z belkami w trakcie konkursów. Teraz w trakcie jednej serii rozbieg na mamucie zmieniany jest czasami nawet po 4-5 razy. Wyobraźmy sobie sytuację, w której to mocni i słabi zawodnicy skaczą w wymieszanej kolejności. W trakcie pełnej rundy konkursowej trzeba by było czterokrotnie podwyższać pozycję belki startowej dla słabszych skoczków, a potem obniżać rozbieg dla tych mocniejszych. Do działań jury zacząłby jeszcze bardziej pasować motyw z Benny'ego Hilla.
To jednak nie koniec wad grupowej rozgrywki. Jeżeli podczas konkursów mielibyśmy styczność ze zmiennymi warunkami, rozmieszczenie najlepszych w różnych miejscach listy startowej nie wpłynie pozytywnie na sprawiedliwość rezultatów na górze stawki. W przypadku, gdy w jednej grupie pojawi się silny ciąg pod narty, najlepszy skoczek z tego grona może mocno odlecieć reszcie.
Niektórzy pisali, że dostaniemy przez ten system mniej skoków w ramach jednego weekendu - w sumie jest tym trochę racji, jednak trzeba pamiętać, że najlepsi często odpuszczali kwalifikacje - w nowym systemie nie mieliby takiej możliwości. Dodatkowo, od teraz trzeba by kłaść duży większy nacisk na serię kwalifikacyjną - nikt nie skakałby na pół gwizdka.
Krótko mówiąc - jeżeli grupy zostaną dobrze podzielone, ta propozycja na tle przeliczników i zmian w kombinezonach prezentuje się nieźle. Nie będę za nią płakał, jeżeli nie przejdzie, ale pamiętajmy - to FIS, oni potrafią wymyślić znacznie gorsze przepisy. Swoją drogą, to już druga próba przepchnięcia systemu grupowego do skoków - za pierwszym podejściem po testach podczas LGP w 2000r z niego zrezygnowano.
W Barcelonie FIS opublikował również kalendarz na najbliższe dwa sezony. Po wielu latach deklaracji przeniesienia części konkursów PŚ na wschód, w końcu w terminarzu pojawiły się skocznie w Rosji i Kazachstanie. Szkoda, że w tych działaniach brakuje trochę rozmysłu - zamiast zrobić jeden period ze wschodnimi zawodami, panowie z FIS-u postanowili rozrzucić je po całym kalendarzu. W takim przypadku na 95% każdy zawodnik czołówki odpuści sobie któryś weekend z grona Ałmaty, Czajkowski i Sapporo. Gdyby te miejsca ustawić obok siebie, wątpię, by ktoś sobie zrezygnował z sześciu konkursów pod rząd.
Sporo kibiców liczyło na pożegnanie się z Kuusamo i Harrachovem - pierwsze miasto pozostało w kalendarzu, drugie wymieniono na Liberec. Nie wiem, czy zmiana czeskich miast coś da, gdyż na Jested problemy z wiatrem również występowały dosyć często. Jeśli chodzi o Rukę, to nie wiem, jakie kryteria ma FIS, jeżeli po minionym sezonie włodarze federacji przekonali się do pozostawienia fińskiego obiektu w PŚ. Ciekawie będzie wyglądał sezon 2015/2016, kiedy to po styczniowych Mistrzostwach Świata w Lotach w Kulm do marca zostanie jedynie walka o Kryształową Kulę. Miejmy nadzieję, że nikt nie wyskoczy wtedy ze świetną formą i pod koniec sezonu zostaniemy z jakimikolwiek emocjami. No dobra, jakby tym kimś był Polak, to bym się nie obraził.
Na organizatora MŚ w 2019r wybrano Seefeld. Te głosowania dla niektórych organizatorów muszą być irytujące - Ałmaty i Planica mają gotowe kapitalne kompleksy do uprawiania narciarstwa klasycznego, a okazuje się, że niby otwarte na nowe kierunki FIS wybierze lokacje, które swoją szansę dostały niedawno lub mają już całkiem ważną imprezę u siebie - w Innsbrucku co roku odbywa się przecież Turniej Czterech Skoczni. Słoweńcom za stworzenie takiego kapitalnego kompleksu po prostu należał się czempionat. Skoro Bloudkova Velikanka nie wyrzuci z Pucharu Świata Letalnicy, powinna przynajmniej dostać swoje dwa konkursy podczas LGP - przynajmniej poziom i zainteresowanie publiczności stałyby na niezłym poziomie.
Podsumowując, FIS tylko udaje, że chce zmian w kalendarzu. Działania Hofera i spółki mówią co innego - cały czas premiują oni te same lokacje. Nie ma co zgłaszać się z nowymi propozycjami, skoro po dziesiątym odwołanym konkursie Ruka wróci do Pucharu Świata, a przy głosowaniu na MŚ jedynym dylematem będzie to, czy wygra Oberstdorf, czy Seefeld. Nic dziwnego, że nawet jeżeli FIS wymyśli coś nie do końca złego, wśród kibiców podnosi się krzyk przerażenia. Międzynarodowa Federacja Narciarska swoją renomę zyskała w dużej mierze zasłużenie.
Zacznijmy od największej bomby minionego kongresu FIS. Ogromną burzę wywołały nowe przepisy rozgrywania konkursów lotów narciarskich. Międzynarodowa Federacja Narciarska postanowiła podzielić w pierwszej serii zawodników na cztery grupy. Do drugiej rundy miałoby awansować po sześciu najlepszych z każdej z nich, a do końcowego wyniku oprócz dwóch skoków z głównych zawodów, byłby dołączany rezultat z kwalifikacji. W internecie szybko podniósł się lament, że to ciężkie do zrozumienia, że to cyrk, że wypaczy to wyniki. Dla mnie system rzeczywiście ma wiele wad, lecz nie prezentuje się tak źle, jak ostatnie pomysły Hofera i spółki.
Mała uwaga: Nie wiadomo w stu procentach, jak zawodnicy zostaną rozdzieleni w grupach po kwalifikacjach. Mam jednak nadzieję, że w Międzynarodowej Federacji Narciarskiej nie pracują kompletni ignoranci i obok siebie nie znajdzie się najlepsza dziesiątka kwalifikacji. Jeżeli podczas LGP zobaczymy ten niechciany przez kibiców podział grup, będę musiał się zgodzić z przeciwnikami nowego pomysłu autorstwa FIS. System, w którym kosztem światowej czołówki PŚ do drugiej (a właściwie to trzeciej) rundy będą awansować zawodnicy z zaplecza, nie ma zwyczajnie sensu. Nie potrafię sobie jednak wyobrazić, by ktoś przepuścił coś takiego - nawet nasz skokowy Krzysiu Jarzyna.
Według mnie, największą zaletą nowego systemu jest to, że na końcowy wynik składa się łączna nota z trzech serii - dzięki temu wyniki powinny stać się bardziej sprawiedliwe. Nie będzie można liczyć na jednorazowy wyskok, a swoje miejsce trzeba będzie przypieczętować trzema solidnymi próbami. Konkursów na mamutach mamy mało i przy wyłanianiu ich zwycięzców nie powinno znaleźć się miejsce dla przypadku.
Dodatkowo, jeżeli FIS rozdzieli zawodników w rozsądny sposób i mocni skoczkowie zostaną rozmieszani po czterech grupach, będziemy świadkami dalekich lotów przez całą serię w miarę równych odstępach. Nie powtórzy się sytuacja z Vikersund z 2011 roku, kiedy to mniej-więcej do piętnastego numeru startowego wszyscy lądowali w okolicach buli. Ustawienie najlepszych w różnych miejscach listy startowej zapobiegnie temu i podniesie w pewnym stopniu widowiskowość zawodów.
Problem z tą propozycją FIS-u jest jednak taki, że w dzisiejszych czasach nie sprawdzi się najlepiej. Bez systemu rekompensaty i przy starych kombinezonach jury nie mieszało tak bardzo z belkami w trakcie konkursów. Teraz w trakcie jednej serii rozbieg na mamucie zmieniany jest czasami nawet po 4-5 razy. Wyobraźmy sobie sytuację, w której to mocni i słabi zawodnicy skaczą w wymieszanej kolejności. W trakcie pełnej rundy konkursowej trzeba by było czterokrotnie podwyższać pozycję belki startowej dla słabszych skoczków, a potem obniżać rozbieg dla tych mocniejszych. Do działań jury zacząłby jeszcze bardziej pasować motyw z Benny'ego Hilla.
To jednak nie koniec wad grupowej rozgrywki. Jeżeli podczas konkursów mielibyśmy styczność ze zmiennymi warunkami, rozmieszczenie najlepszych w różnych miejscach listy startowej nie wpłynie pozytywnie na sprawiedliwość rezultatów na górze stawki. W przypadku, gdy w jednej grupie pojawi się silny ciąg pod narty, najlepszy skoczek z tego grona może mocno odlecieć reszcie.
Niektórzy pisali, że dostaniemy przez ten system mniej skoków w ramach jednego weekendu - w sumie jest tym trochę racji, jednak trzeba pamiętać, że najlepsi często odpuszczali kwalifikacje - w nowym systemie nie mieliby takiej możliwości. Dodatkowo, od teraz trzeba by kłaść duży większy nacisk na serię kwalifikacyjną - nikt nie skakałby na pół gwizdka.
Krótko mówiąc - jeżeli grupy zostaną dobrze podzielone, ta propozycja na tle przeliczników i zmian w kombinezonach prezentuje się nieźle. Nie będę za nią płakał, jeżeli nie przejdzie, ale pamiętajmy - to FIS, oni potrafią wymyślić znacznie gorsze przepisy. Swoją drogą, to już druga próba przepchnięcia systemu grupowego do skoków - za pierwszym podejściem po testach podczas LGP w 2000r z niego zrezygnowano.
W Barcelonie FIS opublikował również kalendarz na najbliższe dwa sezony. Po wielu latach deklaracji przeniesienia części konkursów PŚ na wschód, w końcu w terminarzu pojawiły się skocznie w Rosji i Kazachstanie. Szkoda, że w tych działaniach brakuje trochę rozmysłu - zamiast zrobić jeden period ze wschodnimi zawodami, panowie z FIS-u postanowili rozrzucić je po całym kalendarzu. W takim przypadku na 95% każdy zawodnik czołówki odpuści sobie któryś weekend z grona Ałmaty, Czajkowski i Sapporo. Gdyby te miejsca ustawić obok siebie, wątpię, by ktoś sobie zrezygnował z sześciu konkursów pod rząd.
Sporo kibiców liczyło na pożegnanie się z Kuusamo i Harrachovem - pierwsze miasto pozostało w kalendarzu, drugie wymieniono na Liberec. Nie wiem, czy zmiana czeskich miast coś da, gdyż na Jested problemy z wiatrem również występowały dosyć często. Jeśli chodzi o Rukę, to nie wiem, jakie kryteria ma FIS, jeżeli po minionym sezonie włodarze federacji przekonali się do pozostawienia fińskiego obiektu w PŚ. Ciekawie będzie wyglądał sezon 2015/2016, kiedy to po styczniowych Mistrzostwach Świata w Lotach w Kulm do marca zostanie jedynie walka o Kryształową Kulę. Miejmy nadzieję, że nikt nie wyskoczy wtedy ze świetną formą i pod koniec sezonu zostaniemy z jakimikolwiek emocjami. No dobra, jakby tym kimś był Polak, to bym się nie obraził.
Na organizatora MŚ w 2019r wybrano Seefeld. Te głosowania dla niektórych organizatorów muszą być irytujące - Ałmaty i Planica mają gotowe kapitalne kompleksy do uprawiania narciarstwa klasycznego, a okazuje się, że niby otwarte na nowe kierunki FIS wybierze lokacje, które swoją szansę dostały niedawno lub mają już całkiem ważną imprezę u siebie - w Innsbrucku co roku odbywa się przecież Turniej Czterech Skoczni. Słoweńcom za stworzenie takiego kapitalnego kompleksu po prostu należał się czempionat. Skoro Bloudkova Velikanka nie wyrzuci z Pucharu Świata Letalnicy, powinna przynajmniej dostać swoje dwa konkursy podczas LGP - przynajmniej poziom i zainteresowanie publiczności stałyby na niezłym poziomie.
Podsumowując, FIS tylko udaje, że chce zmian w kalendarzu. Działania Hofera i spółki mówią co innego - cały czas premiują oni te same lokacje. Nie ma co zgłaszać się z nowymi propozycjami, skoro po dziesiątym odwołanym konkursie Ruka wróci do Pucharu Świata, a przy głosowaniu na MŚ jedynym dylematem będzie to, czy wygra Oberstdorf, czy Seefeld. Nic dziwnego, że nawet jeżeli FIS wymyśli coś nie do końca złego, wśród kibiców podnosi się krzyk przerażenia. Międzynarodowa Federacja Narciarska swoją renomę zyskała w dużej mierze zasłużenie.
Czesi słyną ze swoich zabawnych kreskówek - Sąsiedzi czy Krecik stanowią przecież klasykę gatunku, towarzyszącą prawie każdemu we wczesnym dzieciństwie. Niestety, Mistrzostwa Świata w Lotach w Harrachovie nie dały nam tyle powodów do śmiechu. Chyba, że był to śmiech przez łzy.
Według mnie nie ma co za bardzo ganić FIS za wybór właśnie tej lokalizacji na miejsce rozgrywania Mistrzostw Świata w Lotach. W Harrachovie kapitalnie dali sobie radę z naśnieżeniem skoczni w mocno wiosennej aurze. Czwartek i piątek stały pod znakiem interesujących lotów i wyrównanej rywalizacji. Trochę ciężko winić Czechów za to, że pogoda im się popsuła. Skakać się nie dało - można było jedynie spróbować rozegrać całe Mistrzostwa do piątku, ale co wtedy z kibicami, którzy mieli wyjechać tylko na weekend?
"Ale przecież na Certaku zawsze wieje!!!!!111" - powiedział pewnie niejeden czytający ten tekst pasjonat skoków. Nie ukrywam, trochę w tym prawdy jest, ale w miniony weekend chyba nie dało się znaleźć obiektu, na którym przeprowadzenie konkursu nie wiązałoby się z problemami. Do tego na globie mamy tylko pięć mamutów, i żeby uniknąć tak nielubianej przez nas nudy, trzeba w nich jak najlepiej przebierać. Spory wkład w wyrobienie Harrachovowi łatki tak niedostępnej skoczni miał FIS, który z uporem maniaka wpychał mniejszego brata areny minionych Mistrzostw do kalendarza w grudniu, kiedy ze śniegiem są tam spore problemy.
Tak czy siak, dobrze, że nikt nie próbował w weekend tam skakać. Dla takiego Martina Kocha to mógł być naprawdę ostatni skok w życiu. W pewnym momencie oprócz wiatru, dla potencjalnego śmiałka/samobójcy śmiertelne zagrożenie stanowił nie tyle wiatr, co siatka, która rozciągnęła się na połowę szerokości zeskoku. Szkoda kibiców - trochę się na ten werdykt w sobotę naczekali.
W ukróconych Mistrzostwach Świata w Lotach najlepszy okazał się Severin Freund. Po Igrzyskach Niemiec prezentował się zdecydowanie najlepiej spośród czołówki i zasłużenie zgarnął złoto.Ogólnie, w ostatnim czasie skoczkowie reprezentujący naszych zachodnich sąsiadów mają problemy z występami na imprezie docelowej - rok temu Richard Freitag wygrał konkurs PŚ tuż przed i po Mistrzostwach Świata, a teraz Freund wyskakuje jako największy mocarz okresu poolimpijskiego. Miał szczęście, że w kalendarzu nawinęła się jakaś walka o medale, choć i bez tego mijający sezon byłby dla niego najlepszym w karierze.
Drugie miejsce zajął Anders "Cichociemny" Bardal. Ostatnie trzy sezony przyniosły mu Kryształową Kulę, tytuł Mistrza Świata, olimpijski medal, a teraz do tego dołożył medal MŚwL. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że... nikt nigdy nie ostrzega go jako faworyta. Trochę w pierwszym skoku Norweg miał szczęście do warunków, ale medalu nikt mu za to nie zabierze. Cichy skurczybyk z tego Bardala.
Trzeci był nowy idol polskich kibiców - Peter Prevc. Słoweniec bardzo chce podążać szlakiem Jannego Ahonena - oprócz mimiki przypominającej legendarnego Fina, ten młody skoczek zasłużył już sobie na miano "wiecznie drugiego" (choć jak dla mnie nazywanie tak pięciokrotnego triumfatora TCS było sporym nadużyciem w każdym momencie jego kariery, zwłaszcza gdy się przyjrzymy dokonaniom jego kolegi z reprezentacji, Mattiego Hautamaekiego). Prevc nie miał jeszcze swoich pięciu minut podczas większych zawodów - może psychika mu trochę siada? Nawet jeśli tak jest, to Słoweniec jeszcze ma czas, by okrzepnąć - każdy 21 latek chciałby się pochwalić taką kolekcją medali, nawet srebrnych i brązowych.
Miejsca na podium nie osiągnął niestety Noriaki Kasai. Szkoda, bo zdobycie drugiego medalu MŚwL po 22 latach przerwy byłoby wydarzeniem bez precedensu. Może byłoby to możliwe, gdyby Kasai miał większe szczęście do warunków - Japończyk dostał chyba największy bonus za wiatr z czołówki.
Samuraj od zawodów w Falun cierpiał na dolegliwości związane z kolanami, co pewnie odbiło się na jego formie. Wydawało mi się, że srebrny medalista z Sochi nie będzie miał problemów z utrzymaniem miejsca na podium generalki, jednak dolegliwości zdrowotne oraz bardzo dobra dyspozycja Freunda i Bardala sprawiła, że będzie musiał przed tym drugim bronić czwartego miejsca - szczerze mówiąc, większe szanse w tym pojedynku daje Norwegowi.
Kamilowi Stochowi nie udało się powtórzyć wyczynu Simona Ammanna i do dwóch złotych medali olimpijskich nie dorzucił tytułu Mistrza Świata w Lotach. Ciężko tu rozważać o brakach w sztuce latania, gdy wygrywa Freund, a przez połowę konkursu wieje mocno w plecy. W piątek skoki liderowi PŚ ewidentnie nie wychodziły, a okazja na poprawę została mu brutalnie odebrana przez pogodę. Mówi się trudno - pozostało jedynie postawić kropkę nad "i", i zapewnić sobie Kryształową Kulę. Nie oszukujmy się - żeby Kamil ją stracił, skoczek z Zębu musiałby zapomnieć, jak się skacze, a przy okazji przydałoby się, by Prevc powrócił do formy z konkursów w Polsce. Kamil nie rządził na skoczniach w taki sposób, jak na Igrzyskach, ale potrafił wykorzystać potknięcia swojego rywala i spokojnie go wypunktował.
Całkiem przyzwoicie zaprezentował się Maciej Kot. Dziesiąte miejsce na mamucie po tym malutkim dołku można uznać za sukces. Miejmy nadzieję, że nasza maruda, jak i cała nasza kadra, nie będzie miała takich wahań formy. Ambitne plany mówią o podium - w sumie, czemu nie? Oczywiście, lokatami podobnymi do tej z Harrachova również nie pogardzimy. Szkoda trochę, że nie odbyła się drużynówka - nasza kadra miała spore szanse na medal, może nie złoty, ale nawet srebro było w zasięgu.
Za największych przegranych Mistrzostw uznaję Jurija Tepesa i Gregora Schlierenzauera (Kranjca pominę z powodu kontuzji). Na swoim ulubionym rodzaju skoczni nie przypomnieli sobie, że potrafią bardzo dobrze latać. Owszem, Harrachov nie należy do typowych mamutów, a warunki za bardzo nie premiowały lotników, ale lokaty w "10" to dla takich specjalistów od przecinania powietrza absolutny mus.
Przed nami został już tylko finał w Planicy. Niestety, ciężko będzie o wyrównanie rekordu największej ilości zwycięzców w jednym sezonie - by tak się stało, zwycięstwo musiałoby odnieść dwóch nowych skoczków, a na horyzoncie nie widzę jakiegoś potencjalnego debiutanckiego triumfatora. No i do tego znowu mam wrażenie, że ten sezon minął szybciej od poprzedniego!
Według mnie nie ma co za bardzo ganić FIS za wybór właśnie tej lokalizacji na miejsce rozgrywania Mistrzostw Świata w Lotach. W Harrachovie kapitalnie dali sobie radę z naśnieżeniem skoczni w mocno wiosennej aurze. Czwartek i piątek stały pod znakiem interesujących lotów i wyrównanej rywalizacji. Trochę ciężko winić Czechów za to, że pogoda im się popsuła. Skakać się nie dało - można było jedynie spróbować rozegrać całe Mistrzostwa do piątku, ale co wtedy z kibicami, którzy mieli wyjechać tylko na weekend?
"Ale przecież na Certaku zawsze wieje!!!!!111" - powiedział pewnie niejeden czytający ten tekst pasjonat skoków. Nie ukrywam, trochę w tym prawdy jest, ale w miniony weekend chyba nie dało się znaleźć obiektu, na którym przeprowadzenie konkursu nie wiązałoby się z problemami. Do tego na globie mamy tylko pięć mamutów, i żeby uniknąć tak nielubianej przez nas nudy, trzeba w nich jak najlepiej przebierać. Spory wkład w wyrobienie Harrachovowi łatki tak niedostępnej skoczni miał FIS, który z uporem maniaka wpychał mniejszego brata areny minionych Mistrzostw do kalendarza w grudniu, kiedy ze śniegiem są tam spore problemy.
Tak czy siak, dobrze, że nikt nie próbował w weekend tam skakać. Dla takiego Martina Kocha to mógł być naprawdę ostatni skok w życiu. W pewnym momencie oprócz wiatru, dla potencjalnego śmiałka/samobójcy śmiertelne zagrożenie stanowił nie tyle wiatr, co siatka, która rozciągnęła się na połowę szerokości zeskoku. Szkoda kibiców - trochę się na ten werdykt w sobotę naczekali.
W ukróconych Mistrzostwach Świata w Lotach najlepszy okazał się Severin Freund. Po Igrzyskach Niemiec prezentował się zdecydowanie najlepiej spośród czołówki i zasłużenie zgarnął złoto.Ogólnie, w ostatnim czasie skoczkowie reprezentujący naszych zachodnich sąsiadów mają problemy z występami na imprezie docelowej - rok temu Richard Freitag wygrał konkurs PŚ tuż przed i po Mistrzostwach Świata, a teraz Freund wyskakuje jako największy mocarz okresu poolimpijskiego. Miał szczęście, że w kalendarzu nawinęła się jakaś walka o medale, choć i bez tego mijający sezon byłby dla niego najlepszym w karierze.
Drugie miejsce zajął Anders "Cichociemny" Bardal. Ostatnie trzy sezony przyniosły mu Kryształową Kulę, tytuł Mistrza Świata, olimpijski medal, a teraz do tego dołożył medal MŚwL. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że... nikt nigdy nie ostrzega go jako faworyta. Trochę w pierwszym skoku Norweg miał szczęście do warunków, ale medalu nikt mu za to nie zabierze. Cichy skurczybyk z tego Bardala.
Trzeci był nowy idol polskich kibiców - Peter Prevc. Słoweniec bardzo chce podążać szlakiem Jannego Ahonena - oprócz mimiki przypominającej legendarnego Fina, ten młody skoczek zasłużył już sobie na miano "wiecznie drugiego" (choć jak dla mnie nazywanie tak pięciokrotnego triumfatora TCS było sporym nadużyciem w każdym momencie jego kariery, zwłaszcza gdy się przyjrzymy dokonaniom jego kolegi z reprezentacji, Mattiego Hautamaekiego). Prevc nie miał jeszcze swoich pięciu minut podczas większych zawodów - może psychika mu trochę siada? Nawet jeśli tak jest, to Słoweniec jeszcze ma czas, by okrzepnąć - każdy 21 latek chciałby się pochwalić taką kolekcją medali, nawet srebrnych i brązowych.
Miejsca na podium nie osiągnął niestety Noriaki Kasai. Szkoda, bo zdobycie drugiego medalu MŚwL po 22 latach przerwy byłoby wydarzeniem bez precedensu. Może byłoby to możliwe, gdyby Kasai miał większe szczęście do warunków - Japończyk dostał chyba największy bonus za wiatr z czołówki.
Samuraj od zawodów w Falun cierpiał na dolegliwości związane z kolanami, co pewnie odbiło się na jego formie. Wydawało mi się, że srebrny medalista z Sochi nie będzie miał problemów z utrzymaniem miejsca na podium generalki, jednak dolegliwości zdrowotne oraz bardzo dobra dyspozycja Freunda i Bardala sprawiła, że będzie musiał przed tym drugim bronić czwartego miejsca - szczerze mówiąc, większe szanse w tym pojedynku daje Norwegowi.
Kamilowi Stochowi nie udało się powtórzyć wyczynu Simona Ammanna i do dwóch złotych medali olimpijskich nie dorzucił tytułu Mistrza Świata w Lotach. Ciężko tu rozważać o brakach w sztuce latania, gdy wygrywa Freund, a przez połowę konkursu wieje mocno w plecy. W piątek skoki liderowi PŚ ewidentnie nie wychodziły, a okazja na poprawę została mu brutalnie odebrana przez pogodę. Mówi się trudno - pozostało jedynie postawić kropkę nad "i", i zapewnić sobie Kryształową Kulę. Nie oszukujmy się - żeby Kamil ją stracił, skoczek z Zębu musiałby zapomnieć, jak się skacze, a przy okazji przydałoby się, by Prevc powrócił do formy z konkursów w Polsce. Kamil nie rządził na skoczniach w taki sposób, jak na Igrzyskach, ale potrafił wykorzystać potknięcia swojego rywala i spokojnie go wypunktował.
Całkiem przyzwoicie zaprezentował się Maciej Kot. Dziesiąte miejsce na mamucie po tym malutkim dołku można uznać za sukces. Miejmy nadzieję, że nasza maruda, jak i cała nasza kadra, nie będzie miała takich wahań formy. Ambitne plany mówią o podium - w sumie, czemu nie? Oczywiście, lokatami podobnymi do tej z Harrachova również nie pogardzimy. Szkoda trochę, że nie odbyła się drużynówka - nasza kadra miała spore szanse na medal, może nie złoty, ale nawet srebro było w zasięgu.
Za największych przegranych Mistrzostw uznaję Jurija Tepesa i Gregora Schlierenzauera (Kranjca pominę z powodu kontuzji). Na swoim ulubionym rodzaju skoczni nie przypomnieli sobie, że potrafią bardzo dobrze latać. Owszem, Harrachov nie należy do typowych mamutów, a warunki za bardzo nie premiowały lotników, ale lokaty w "10" to dla takich specjalistów od przecinania powietrza absolutny mus.
Przed nami został już tylko finał w Planicy. Niestety, ciężko będzie o wyrównanie rekordu największej ilości zwycięzców w jednym sezonie - by tak się stało, zwycięstwo musiałoby odnieść dwóch nowych skoczków, a na horyzoncie nie widzę jakiegoś potencjalnego debiutanckiego triumfatora. No i do tego znowu mam wrażenie, że ten sezon minął szybciej od poprzedniego!
W Falun było jeszcze przyzwoicie i pięciu naszych zawodników zdobyło punkty. Jednak po przyjeździe do Lahti coś się stało i sytuacja żywcem zaczęła przypominać tę z czasów Adama Małysza, kiedy mieliśmy wybitnego lidera i długo, długo nic. W Finlandii honoru polskich skoków bronił Kamil Stoch z małą pomocą Dawida Kubackiego. Reszta naszych wypadła tak blado, że zlewali się z białym tłem śniegu. Ale spokojnie, nie panikujmy. To tylko awaria.
Każdy zna historię Dywizjonu 303 i polskich lotników, którzy z powodzeniem walczyli na brytyjskim niebie z niemieckim najeźdźcą. Polacy wykazali się bohaterstwem i skutecznością w powietrznych pojedynkach. Ich Spitfire'y nie dawały szans Messerschmittom, a dla samych lotników najważniejsze było, że mogą lać Niemców w samolotach z biało-czerwoną szachownicą. Minęły dziesięciolecia, a w ich ślady poszedł inny polski lotnik, który tym razem na rosyjskim niebie zestrzelił wszystkich konkurentów, latając z historycznym symbolem na kasku i dwa razy wysłuchał Mazurka Dąbrowskiego. Czy jest jeszcze ktoś, komu kask Kamila Stocha kojarzy się ze złomem?
Przed paroma chwilami zakończyło się oficjalne otwarcie Igrzysk Olimpijskich w Soczi.
Piękny znicz olimpijski zapłonął poza areną otwarcia. Łyżwiarka Irina Rodnina i hokeista Władisław Trietjak mieli zaszczyt zapalić ogień.
Piękny znicz olimpijski zapłonął poza areną otwarcia. Łyżwiarka Irina Rodnina i hokeista Władisław Trietjak mieli zaszczyt zapalić ogień.
W ten weekend nasi chłopcy wygrali wszystko co było do wygrania w męskich skokach, a Madzia Pałasz zdobyła pierwsze punkty w PŚ pań. Na pierwszy rzut oka wygląda to wszystko fantastycznie i sukcesy cieszą, jednak do tej beczki miodu trafiła też łyżeczka dziegciu.













































