Archiwum strony
-
▼
2016
(708)
- ► października (47)
-
►
2015
(686)
- ► października (17)
-
►
2014
(840)
- ► października (36)
-
►
2013
(764)
- ► października (47)
-
►
2012
(574)
- ► października (47)
-
►
2011
(188)
- ► października (9)
Po 30 latach, szpakowaty, poważnie już siwiejący Jan Ziobro powrócił do Falun. Dokładnie po trzech dekadach MŚ powróciły do Szwecji i w byłym skoczku obudziły się niezatarte długimi latami wspomnienia. Był rok 2045 ale Jan bardzo dobrze pamiętał wydarzenia z 2015, wszak każdy sportowiec pamięta pierwszy zdobyty medal aż po grobową deskę i choćby go obudzić w środku nocy, w szpitalnym łóżku, mając nawet 120 lat, bez zająknięcia opowie historię pierwszego medalu. Jan Ziobro miał dopiero 53 lata, więc wspomnienia wydarzeń były tak świeże jakby odbyły wczoraj.
Przebudowana Vikersundbakken należy do moich ulubionych skoczni. Bez cienia wątpliwości mówię głośno iż norweski mamut jest najbardziej selektywną skocznią na świecie, która nie wybacza najmniejszego błędu i wyraźnie oddziela ziarna od plew. Niestety Vikersundbakken była bezlitosna także dla naszych zawodników, którzy w większości zjeżdżali zamiast latać i nawet Żyła ze Zniszczołem choć zdobyli punkty, nadziali się na drobne sito. Byli też tacy których mamut nagradzał ekstazą długich lotów i dzięki nim było nam dane oglądać loty na granicy kosmosu.
W ten weekend skoki zeszły nieco na drugi plan z powodu decydujących rozstrzygnięć i ogromnych emocji, jakie zapewnili nam nasi szczypiorniści. Po meczu o brąz długo nie mogłem ochłonąć i zastanawiam się czy podobny stan ducha wywołają u mnie nasi skoczkowie na mistrzostwach świata w Falun? Będzie ciężko bowiem ostatni test drużynowy został oblany na całej linii i dyskwalifikacja Kamila nie miała tu wiele do rzeczy, bo po pierwszej serii i tak byliśmy daleko od medalu. Zbyt daleko. Naszym skoczkom potrzeba takiego Michała Szyby, który wchodzi na scenę i nie klęka przed niedawnymi mistrzami świata tylko rzuca im osiem goli, z tego jednego ratującego nam życie w ostatniej sekundzie. Musi mieć chłop charakter.
Miniony weekend wlał nieco optymizmu i nadziei na dobre występy naszych skoczków w polskich konkursach pucharu świata. Zniszczoł i Żyła wypadli nieźle w jedynych zawodach na zmodernizowanej skoczni w Bad Mitterndorf, a pozostali zdominowali PK w Wiśle. Gdy do tego dodamy wygraną Stękały na FIS Cupie w Zakopanem to człowiek znów zaczyna wierzyć, że "jeszcze Polska nie umarła".
Magiczny Engelberg. Zawsze dla nas przyjazny. Dwa lata temu przełamaliśmy tam podobny kryzys, rok temu było fantastycznie, Ziobro i Stoch wygrali oba konkursy i wszyscy podkreślali że na tej skoczni czujemy się dobrze, lubimy ją, a ona lubi nas. Wielu żyło nadzieją, że kiedy znowu zawitamy do Engelbergu, jak za dotknięciem magicznej różdżki Pieter z Jankiem będą się bić o pudło, a Klimek z Dawidem zdobędą solidne punkty. Niestety nic takiego się nie stało. Cała nasza drużyna w Szwajcarii zdobyła 37 punktów, czyli o dwa mniej niż tydzień temu w Rosji.
Rosyjską ruletkę wymyślił prawdopodobnie carski oficer. Do rewolweru pakuje się jeden nabój, kręci bębenkiem i przystawia broń do głowy. Kłopot w tym iż do własnej bowiem istnieje szansa jedna na sześć, że tę wyjątkowo emocjonującą grę przegrasz i twój mózg ubarwi najbliższe otoczenie. Nasza kadra wybrała się do Rosji i jak na wytrawnych podróżników przystało, chłopaki zagrali w najsłynniejszą grę tubylców. Niestety przegrali wszyscy.
Mam dla ciebie dobrą i złą wiadomość, którą chcesz najpierw? Znacie ten tekst, prawda? Wykorzystany na tysiąc sposobów w życiu codziennym, w filmach i kawałach, oklepany i przystosowany do każdej sytuacji, tekst którego można użyć w każdym kontekście, tekst który czasem bawi, często martwi, zawsze wzbudza niepewność i zapewnia właściwie wszystkie uczucia, jakie można sobie wyobrazić. Taki tekst, który można zastosować zawsze i wszędzie. Ubzdurałem sobie, że go wykorzystam w pierwszym felietonie tego sezonu, bo właściwie czemu nie, skoro można się nim zabawić na wszelkie sposoby. Nie przewidziałem tylko jednego. Po trzech weekendach tej zimy, nawet sarkastycznie, nie mam czego podczepić pod dobrą wiadomość.
Wszystko dobre co się dobrzy kończy, rzecze stare przysłowie i wraz z ostatnim skokiem Kamila Stocha na Bloudkovej Velikance zakończył się sezon królewskich skoków narciarskich. Tradycyjnie na koniec mieliśmy Planicę, a jako, że MP zostały już odwołane, ten artykuł będzie głównie poświęcony podsumowaniu sezonu, a o samej Planicy będzie krótko.
A miało być tak pięknie. Medale, długie loty i cztery dni emocji związanych z dwudziestymi trzecimi mistrzostwami świata w lotach narciarskich. Miało być pięknie, ale nie było, bowiem impreza tym razem zawitała do Harrachova, a tam problemy z pogodą są pewniejsze niż obligacje skarbowe. Mówisz Harrachov, myślisz zła pogoda.
W Falun było jeszcze przyzwoicie i pięciu naszych zawodników zdobyło punkty. Jednak po przyjeździe do Lahti coś się stało i sytuacja żywcem zaczęła przypominać tę z czasów Adama Małysza, kiedy mieliśmy wybitnego lidera i długo, długo nic. W Finlandii honoru polskich skoków bronił Kamil Stoch z małą pomocą Dawida Kubackiego. Reszta naszych wypadła tak blado, że zlewali się z białym tłem śniegu. Ale spokojnie, nie panikujmy. To tylko awaria.
Każdy zna historię Dywizjonu 303 i polskich lotników, którzy z powodzeniem walczyli na brytyjskim niebie z niemieckim najeźdźcą. Polacy wykazali się bohaterstwem i skutecznością w powietrznych pojedynkach. Ich Spitfire'y nie dawały szans Messerschmittom, a dla samych lotników najważniejsze było, że mogą lać Niemców w samolotach z biało-czerwoną szachownicą. Minęły dziesięciolecia, a w ich ślady poszedł inny polski lotnik, który tym razem na rosyjskim niebie zestrzelił wszystkich konkurentów, latając z historycznym symbolem na kasku i dwa razy wysłuchał Mazurka Dąbrowskiego. Czy jest jeszcze ktoś, komu kask Kamila Stocha kojarzy się ze złomem?
W ten weekend nasi chłopcy wygrali wszystko co było do wygrania w męskich skokach, a Madzia Pałasz zdobyła pierwsze punkty w PŚ pań. Na pierwszy rzut oka wygląda to wszystko fantastycznie i sukcesy cieszą, jednak do tej beczki miodu trafiła też łyżeczka dziegciu.
Konkursy w Sapporo to miała być wojna japońsko-słoweńska i taka rzeczywiście była. Tylko te dwie ekipy wystartowały w silnych składach i tylko te dwie ekipy stawały na podiach tych podwójnie wyjątkowych konkursów. Czemu podwójnie? Zgadnijcie. Rozwiązanie zagadki już za chwilę.
Już od początku tygodnia żyliśmy doniesieniami z Wisły i Zakopanego. Każdą pozytywną informację o stanie obiektów przyjmowaliśmy jak wiadomość o wynalezieniu leku na raka, i w końcu, wbrew matce naturze i dzięki determinacji organizatorów udało się obydwie skocznie przygotować, a na konkursy przyszły komplety publiczności, które stworzyły wspaniałą atmosferę. Niestety na tym dobre wiadomości się kończą.
Ten weekend był jak gatunek filmowy w jakim nasza kinematografia radzi sobie naprawdę dobrze i za filmy w tej konwencji wcale nie musimy się wstydzić. Wbrew pozorom połączenie dramatu i komedii nie jest wcale sprawą prostą. Widz musi na takim filmie płakać i śmiać się równocześnie, a jak trudno pogodzić wodę i ogień, to nie muszę nikomu tłumaczyć. Weekend na Kulm był właśnie jak komediodramat, tylko, że taki ze średniej półki.
Obecny TCS nieco przypominał ten zakończony w 2001 roku. Tak, jak wówczas, jak grom z jasnego nieba pojawił się zawodnik latający piętro wyżej od reszty i na którego nikt przed turniejem nie postawiłby złamanego grosza, a mimo to nikt nie ma wątpliwości, że jedno i drugie zwycięstwo dostało się w odpowiednie ręce. Trzynaście lat temu był to poczatek długoletniej passy i w tym wypadku może być podobnie, ponieważ Thomas Diethart to już nie młodzieniec z mlekiem pod nosem, tylko skoczek wchodzący w optymalny dla tego sportu wiek.
Miałem wczoraj miły sen. Nie jakiś koszmar, co to człowiek się budzi zlany potem, a taki naprawdę bardzo miły, co jak się przebudzisz, to natychmiast próbujesz zamknąć oczy by ten sen nie uciekł i wrócił z powrotem. Otóż śniło mi się, że konkursy w Engelbergu wygrywali Janek Ziobro i Kamil Stoch, stając podwójnie na podium. Śniło mi się, że Kamil skakał w koszulce lidera, a Klimek zaliczył swoją życiówkę.
Piękny sen prawda? Ale to nie wszystko. Śniło mi się także, że wszyscy nasi porządnie punktowali, a najgorszym miejsce było 24.
Piękny sen prawda? Ale to nie wszystko. Śniło mi się także, że wszyscy nasi porządnie punktowali, a najgorszym miejsce było 24.
Pewnie zastanawiacie się co to za domki są w tytule felietonu, więc śpieszę wyjaśnić. Tytuł publikacji jest po japońsku a to ze względu na postawę zawodników(czek) z tego kraju i mój szacunek dla ich dokonań na początku sezonu. Być może, patrząc na indywidualne podia Japończyków, tytuł wydaje się przesadny, ale skoki to nie tylko podia indywidualne i nie tylko bal samców.











































