Archiwum strony
-
▼
2016
(708)
- ► października (47)
-
►
2015
(686)
- ► października (17)
-
►
2014
(840)
- ► października (36)
-
►
2013
(764)
- ► października (47)
-
►
2012
(574)
- ► października (47)
-
►
2011
(188)
- ► października (9)
Kojarzycie telewizyjne bloki reklamowe, dominujące ramówki polskich stacji na przełomie tysiącleci? Będąc dzieckiem, zawsze fascynowały mnie przeróżne odkurzacze, noże, stojaki, krzesełka, do zdobycia których (poza pieniędzmi) dzielił jedynie jeden telefon. Jako młokos kupowałem takie sztuczki bez problemu, lecz teraz trochę urosłem i stałem się mniej łatwowierny. Telewizyjna propaganda bez pokrycia mnie nie przekonuje, nawet gdy pada ona z ust takiego autorytetu, jak pan Apoloniusz Tajner.
Który to już raz z kolei mamiono nas wizją potęgi polskich skoków? Przed każdym sezonem, kibice karmieni są wizją ich reprezentantów zajmujących wszystkie możliwe miejsca w czołówce stawki. Bojowe nastawienie do walki to ważna rzecz, lecz cała machina, z PZN-em na czele, wydaje się zawodzić oczekiwaniom zbudowanych przez nią samą. Po co obiecywać kibicom ośmiu skoczków w czołowej dwudziestce, kiedy w ostatnich dwóch zawodach do tego grona biało-czerwony dołączył tylko raz, do tego na samym jego końcu? Zdruzgotane wypowiedzi polskich zawodników wskazują na to, że nasi herosi nie radzą sobie z presją stawianą przez ich sprzymierzeńców.
Obecnie sytuacja wygląda jeszcze gorzej niż w tym samym momencie rok temu. Wtedy w Pucharze Świata mieliśmy Piotra Żyłę, skaczącego co prawda niestabilnie, ale potrafiącego zmieścić się momentami w piętnastce, a z banicji spowodowanej kontuzją wracał Kamil Stoch, dając nadzieję choćby na miejsca w czołowej dziesiątce. Dzisiaj skoczek z Zębu nie wie co zrobić, poza nim mamy kilku zawodników zdolnych z obecną formą jedynie do ciułania punktów, a jedynym zawodnikiem zdolnym do poprawienia składu kadry jest trenujący Jan Ziobro. Liczby nie kłamią - nie licząc zeszłorocznej kontuzji oraz pomijając fakt, że czasami niektóre konkursy lider naszej kadry opuszczał, podwójny mistrz olimpijski z Soczi ostatni raz zanotował tak słaby start w sezonie 2008/2009.
Bynajmniej nie piszę tego, aby pastwić się nad naszymi reprezentantami. Chcę zwrócić uwagę na jeden fakt - po sezonie olimpijskim w polskiej kadrze zaczęło się coś psuć. Mijający rok został uratowany przez dobre występy w marcu, zwieńczone brązowym medalem w Falun. Niestety, tym razem za dwa miesiące nie będzie się już praktycznie o co bić na światowych arenach, a pojedyncze sukcesy w konkursach Pucharu Świata raczej nie zakryją ogólnego niepowodzenia. Obawiam się, że Łukasz Kruczek ma około dwóch tygodni na uratowanie całego sezonu. Oby to schodzenie z formą na dno skończyło się dynamicznym wyskokiem w górę. Mając w pamięci grudzień 2012 roku można jeszcze w to wierzyć, zwłaszcza że Łukasz Kruczek znowu jako przyczynę problemu wskazuje kombinezony. Cóż, jeżeli już po raz drugi w przeciągu kilku lat zawala się sprawę w tak podstawowej kwestii, to należy kogoś pociągnąć do odpowiedzialności. Być może ktoś próbuje zwyczajnie zaklinać rzeczywistość, mając w pamięci wielki powrót do formy sprzed kilku lat. Historia lubi się powtarzać, lecz czy robi to ona aż tak nachalnie?
Do zamierzchłych czasów nawiązuje również Peter Prevc, jednak słoweński człowiek o stu twarzach robi to nie słowami, tylko czynami. Jego kariera w dużym stopniu przypomina mi drogę Jannego Ahonena przez Puchar Świata. Pięciokrotny triumfator Turnieju Czterech Skoczni przez dłuższy czas również zmagał się z łatką wiecznie drugiego, lecz gdy już odpalił, zaliczył kosmiczny sezon z dwunastoma wygranymi. Patrząc na to, co Prevc wyczyniał na Titlis, należy poważnie się zastanowić, czy nie pójdzie on w ślady swojego mrukowatego pierwowzoru i nie zdominuje stawki aż do marca.
Sprawę bardzo ułatwił mu Severin Freund. Niemiec ewidentnie posypał się w trakcie niedzielnego konkursu w Niżnym Tagile i od tej pory nie może się odnaleźć. Po dwóch wygranych w czterech zawodach, ósma oraz szósta lokata w Szwajcarii to wyniki zdecydowanie poniżej oczekiwań mistrza świata z Falun. Na ten moment, przodownictwo w Pucharze Świata jest oddalone od obrońcy Kryształowej Kuli o 165 punktów, a Prevc nie zamierza zwalniać. Możliwe, że reprezentant naszych zachodnich sąsiadów odpali u siebie na Turnieju Czterech Skoczni, jednak jak jego historia startów na wspomnianej imprezie długa i szeroka, tak nigdy nie udało mu się tam odegrać większej roli, a wszelkie aspiracje do triumfu zanikały już po Garmisch-Partenkirchen. Może ten sezon stanie się czasem przełamania i dla Freunda?
Warto również wspomnieć o partnerach Petera Prevca z sobotniego podium. Jeden z nich na tle innych zawodników wyróżnia się swoją młodzieńczą aparycją, drugi po raz kolejny przekracza bariery skokowej dojrzałości. Mimo zaledwie szesnastu lat na karku, Domen Prevc skacze, jakby nie bał się niczego - dotyczy to zarówno odporności psychicznej, jak i stylu skakania. Mam nadzieję, że Goran Janus odważy się wziąć swojego niepokornego młodzieńca do Kulm, gdyż ze swoim agresywnym stylem lotu może on tam sporo namieszać. Co ciekawe, mimo skrajnego atakowania w fazie lotu, nowa słoweńska gwiazda radzi sobie także z wiatrem w plecy. Wygląda na to, że mamy materiał na najbardziej mocarny duet braci od czasów rodu Ruudów.
Noriaki Kasai ustanowił z kolei kolejny rekord w swojej karierze. Po trzecim miejscu w Engelbergu, ten sezon stał się dla niego szesnastym, w którym japoński weteran zajął choć jedno miejsce na podium. Tym wynikiem prześcignął Jannego Ahonena - dwukrotny zdobywca Kryształowej Kuli tej sztuki dokonał piętnaście razy.
Można pokazywać rywalom plecy, mając 16 czy 43 lata. W tym momencie polskim kibicom nie zależy chyba jednak na tym, aby ich faworyci śrubowali jakiekolwiek rekordy młodości lub starości. Chcielibyśmy po prostu oglądać naszych zawodników bijących się o czołówkę. Nie jestem w stanie wymagać czegokolwiek od Kamila Stocha. Ten człowiek dał swoim fanom zwyczajnie zbyt dużo radości, by chcieć od niego więcej. Patrząc na ostatnie wypowiedzi naszego Mistrza, wypada mu tylko życzyć powrotu do radości ze skakania, spokoju i pomocy w trudnych chwilach od reszty naszej kadry. Tak naprawdę od czasów Adama Małysza polscy liderzy jeszcze nie mogli na to w stu procentach liczyć, bez względu na ciągłe zaklinanie rzeczywistości.
Który to już raz z kolei mamiono nas wizją potęgi polskich skoków? Przed każdym sezonem, kibice karmieni są wizją ich reprezentantów zajmujących wszystkie możliwe miejsca w czołówce stawki. Bojowe nastawienie do walki to ważna rzecz, lecz cała machina, z PZN-em na czele, wydaje się zawodzić oczekiwaniom zbudowanych przez nią samą. Po co obiecywać kibicom ośmiu skoczków w czołowej dwudziestce, kiedy w ostatnich dwóch zawodach do tego grona biało-czerwony dołączył tylko raz, do tego na samym jego końcu? Zdruzgotane wypowiedzi polskich zawodników wskazują na to, że nasi herosi nie radzą sobie z presją stawianą przez ich sprzymierzeńców.
Obecnie sytuacja wygląda jeszcze gorzej niż w tym samym momencie rok temu. Wtedy w Pucharze Świata mieliśmy Piotra Żyłę, skaczącego co prawda niestabilnie, ale potrafiącego zmieścić się momentami w piętnastce, a z banicji spowodowanej kontuzją wracał Kamil Stoch, dając nadzieję choćby na miejsca w czołowej dziesiątce. Dzisiaj skoczek z Zębu nie wie co zrobić, poza nim mamy kilku zawodników zdolnych z obecną formą jedynie do ciułania punktów, a jedynym zawodnikiem zdolnym do poprawienia składu kadry jest trenujący Jan Ziobro. Liczby nie kłamią - nie licząc zeszłorocznej kontuzji oraz pomijając fakt, że czasami niektóre konkursy lider naszej kadry opuszczał, podwójny mistrz olimpijski z Soczi ostatni raz zanotował tak słaby start w sezonie 2008/2009.
Sezon | Punkty | Konkursy | Pkty/konkurs |
2009/2010 | 118 | 6 | 19,67 |
2010/2011 | 115 | 7 | 16,43 |
2011/2012 | 248 | 7 | 35,43 |
2012/2013 | 99 | 7 | 14,14 |
2013/2014 | 410 | 8 | 51,25 |
2015/2016 | 92 | 7 | 13,14 |
Bynajmniej nie piszę tego, aby pastwić się nad naszymi reprezentantami. Chcę zwrócić uwagę na jeden fakt - po sezonie olimpijskim w polskiej kadrze zaczęło się coś psuć. Mijający rok został uratowany przez dobre występy w marcu, zwieńczone brązowym medalem w Falun. Niestety, tym razem za dwa miesiące nie będzie się już praktycznie o co bić na światowych arenach, a pojedyncze sukcesy w konkursach Pucharu Świata raczej nie zakryją ogólnego niepowodzenia. Obawiam się, że Łukasz Kruczek ma około dwóch tygodni na uratowanie całego sezonu. Oby to schodzenie z formą na dno skończyło się dynamicznym wyskokiem w górę. Mając w pamięci grudzień 2012 roku można jeszcze w to wierzyć, zwłaszcza że Łukasz Kruczek znowu jako przyczynę problemu wskazuje kombinezony. Cóż, jeżeli już po raz drugi w przeciągu kilku lat zawala się sprawę w tak podstawowej kwestii, to należy kogoś pociągnąć do odpowiedzialności. Być może ktoś próbuje zwyczajnie zaklinać rzeczywistość, mając w pamięci wielki powrót do formy sprzed kilku lat. Historia lubi się powtarzać, lecz czy robi to ona aż tak nachalnie?
Do zamierzchłych czasów nawiązuje również Peter Prevc, jednak słoweński człowiek o stu twarzach robi to nie słowami, tylko czynami. Jego kariera w dużym stopniu przypomina mi drogę Jannego Ahonena przez Puchar Świata. Pięciokrotny triumfator Turnieju Czterech Skoczni przez dłuższy czas również zmagał się z łatką wiecznie drugiego, lecz gdy już odpalił, zaliczył kosmiczny sezon z dwunastoma wygranymi. Patrząc na to, co Prevc wyczyniał na Titlis, należy poważnie się zastanowić, czy nie pójdzie on w ślady swojego mrukowatego pierwowzoru i nie zdominuje stawki aż do marca.
Sprawę bardzo ułatwił mu Severin Freund. Niemiec ewidentnie posypał się w trakcie niedzielnego konkursu w Niżnym Tagile i od tej pory nie może się odnaleźć. Po dwóch wygranych w czterech zawodach, ósma oraz szósta lokata w Szwajcarii to wyniki zdecydowanie poniżej oczekiwań mistrza świata z Falun. Na ten moment, przodownictwo w Pucharze Świata jest oddalone od obrońcy Kryształowej Kuli o 165 punktów, a Prevc nie zamierza zwalniać. Możliwe, że reprezentant naszych zachodnich sąsiadów odpali u siebie na Turnieju Czterech Skoczni, jednak jak jego historia startów na wspomnianej imprezie długa i szeroka, tak nigdy nie udało mu się tam odegrać większej roli, a wszelkie aspiracje do triumfu zanikały już po Garmisch-Partenkirchen. Może ten sezon stanie się czasem przełamania i dla Freunda?
Warto również wspomnieć o partnerach Petera Prevca z sobotniego podium. Jeden z nich na tle innych zawodników wyróżnia się swoją młodzieńczą aparycją, drugi po raz kolejny przekracza bariery skokowej dojrzałości. Mimo zaledwie szesnastu lat na karku, Domen Prevc skacze, jakby nie bał się niczego - dotyczy to zarówno odporności psychicznej, jak i stylu skakania. Mam nadzieję, że Goran Janus odważy się wziąć swojego niepokornego młodzieńca do Kulm, gdyż ze swoim agresywnym stylem lotu może on tam sporo namieszać. Co ciekawe, mimo skrajnego atakowania w fazie lotu, nowa słoweńska gwiazda radzi sobie także z wiatrem w plecy. Wygląda na to, że mamy materiał na najbardziej mocarny duet braci od czasów rodu Ruudów.
Noriaki Kasai ustanowił z kolei kolejny rekord w swojej karierze. Po trzecim miejscu w Engelbergu, ten sezon stał się dla niego szesnastym, w którym japoński weteran zajął choć jedno miejsce na podium. Tym wynikiem prześcignął Jannego Ahonena - dwukrotny zdobywca Kryształowej Kuli tej sztuki dokonał piętnaście razy.
Można pokazywać rywalom plecy, mając 16 czy 43 lata. W tym momencie polskim kibicom nie zależy chyba jednak na tym, aby ich faworyci śrubowali jakiekolwiek rekordy młodości lub starości. Chcielibyśmy po prostu oglądać naszych zawodników bijących się o czołówkę. Nie jestem w stanie wymagać czegokolwiek od Kamila Stocha. Ten człowiek dał swoim fanom zwyczajnie zbyt dużo radości, by chcieć od niego więcej. Patrząc na ostatnie wypowiedzi naszego Mistrza, wypada mu tylko życzyć powrotu do radości ze skakania, spokoju i pomocy w trudnych chwilach od reszty naszej kadry. Tak naprawdę od czasów Adama Małysza polscy liderzy jeszcze nie mogli na to w stu procentach liczyć, bez względu na ciągłe zaklinanie rzeczywistości.
Nie rozumiem ludzi, którzy twierdzą, że wraz z odejściem Adama Małysza ze świata skoków narciarskich zniknęły również emocje. Pod koniec swojej kariery Orzeł z Wisły przyzwyczaił nas do nieschodzenia poniżej ustalonego poziomu. Dodając do tego pewien brak oczekiwań wobec schodzącego z piedestału Mistrza, jego końcowe występy oglądałem bardziej z nostalgią niż z nastawieniem na dreszczowiec. Ewentualne emocje były dosyć nikłe w porównaniu z ciarkami niepokoju, które dostarczył mi skok Kamila Stocha w niedzielnych kwalifikacjach.
Trzeba naszemu podwójnemu mistrzowi olimpijskiemu w Soczi przyznać, że w dostarczaniu nerwów swoim kibicom również jest bardzo dobry. Bezpunktowe konkursy w każdym z sezonów stały się praktycznie normą dla skoczka z Zębu. Po spokojnych rządach Orła z Wisły, Kamil Stoch, oprócz euforii, wlewa w nasze serca sporo niepewności. Jednak gdyby tak się zastanowić, to właśnie dla tego dreszczyku ludzie pasjonują się sportem.
Szukając analogii w aktualnej dyspozycji mistrza świata z Predazzo, najbliżej można ją znaleźć, przyglądając się poczynaniom Andersa Jacobsena z sezonu 2012/2013. Norweg w tamtym okresie również skakał mocno w kratkę, lecz różnica między tymi dwoma zawodnikami polega na rozpiętości zajmowanych przez nich miejsc. Nasz reprezentant zamyka stawkę lub plasuje się w okolicach dziesiątki, a zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni z sezonu 2006/2007 jeżeli nie zepsuł swojej próby, to bił się o zwycięstwo. Miejmy nadzieję, że Kamil Stoch na międzyrocznej imprezie zaprezentuje się równie dobrze, jak trzy lata temu jego pierwowzór. Choć stuprocentowego powtórzenia historii też nie preferuję, gdyż najmilej byłoby zobaczyć naszego skoczka na najwyższym stopniu podium.
Niestety, szanse na wywalczenie Pucharu Świata z tygodnia na tydzień maleją. Nie dotyczy to jedynie 28-latka z Zębu, lecz każdego zawodnika spoza dwójki Peter Prevc-Severin Freund. Można powiedzieć, że ci dwaj zawodnicy to kompletne przeciwieństwa. Jeden zachwycał już jako 17-latek, drugi jako junior nie wychylał się ponad szereg. Słoweniec słynie z zajmowania wszystkich miejsc na czele poza pierwszym, za to Niemiec ma już na koncie trzy z pięciu najważniejszych tytułów. Do tego, Prevc zazwyczaj na skoczni zachowuje kamienną twarz, podczas gdy Freund swoimi nietypowymi wyrazami twarzy często bawi.
W każdym razie, zaglądając do klasyfikacji generalnej, można zauważyć już ponad 60-punktową przewagę tego duetu nad resztą stawki. Rzucają się w oczy również nazwiska, które znajdują się tuż za nimi. O ile Alexander Stoeckl może być dumny ze swojej hordy Norwegów na miejscach 3-6, to z całym szacunkiem dla jego zawodników, ale w walce o Kryształową Kulę ze znacznie bardziej obeznanymi w trudach sezonu zawodnikami mogą mieć spore problemy. Według mnie, jedyne realne zagrożenie dla dominatorów z Niemiec i Słowenii może w skandynawskiej grupie stanowić Johann Andre Forfang. Spośród całej czwórki, Mistrz Świata Juniorów wydaje się najstabilniejszym zawodnikiem, lecz nawet dla niego za wcześnie na boje o podium generalki. Reszta stawki traci już do dwóch pierwszych miejsc w graniach 200 punktów. Niby można to odrobić, jednak Prevcowi oraz Freundowi trudno wydrzeć taką przewagę. Chyba że aktualnym przodownikom tabeli będą przytrafiać się takie zaćmienia, jak te w niedzielę - obrońca Kryształowej Kuli po świetnym sobotnim występie, w drugich zawodach kompletnie zgasł. Za utratę koszulki lidera może winić tylko siebie.
Bieżąca sytuacja bardzo przypomina to, co działo się za panowania Gregora Schlierenzauera i Simona Ammanna. Zanim pierwszy zagubił się, a drugi zapomniał o lądowaniu telemarkiem, ci dwaj skoczkowie zaczynali z bardzo wysokiego pułapu, zostawiając resztę stawki daleko w tyle już przed Turniejem Czterech Skoczni. Wygląda na to, że po kilku sezonach z bardzo wyrównaną stawką, może znów nastać epoka dwóch dominatorów.
Trudno napisać coś więcej o aktualnej dyspozycji poszczególnych zawodników - powodem tego jest specyfika skoczni w Niżnym Tagile. Osobiście nie przypadła mi ona do gustu. Rosyjski obiekt wydaje się jedną z tych skoczni, w których decydującą rolę odgrywa wiatr. Bardzo premiuje ona również zawodników z bardziej "lotną" techniką skakania. Widać to było przy finałowym skoku Kamila Stocha - zdawało się, że Polak spadnie na setnym metrze, jednak jakimś cudem wiatr wyniósł go poza rozmiar skoczni. Mi znacznie bardziej odpowiadają obiekty, które nie sprzyjają określonemu typowi zawodników i nie są tak podatne na warunki atmosferyczne. W cenę tego bez problemu mogę wliczyć utratę nieprzewidywalności widowiska.
Nastał czas na Engelberg. Łukasz Kruczek zdecydował się na jedną zmianę w składzie - w miejsce jedynego Polaka bez punktów z poprzedniego zestawienia, Jana Ziobry, pojedzie Andrzej Stękała. Decyzja ta wywołała niemały szok - chyba pierwszy raz od lat dyspozycja skoczka wzięła górę nad walką o limity. Na szczęście nikt w kadrze nie łudził się, że pauzujący obecnie zawodnik może z taką formą powtórzyć swój sukces sprzed dwóch lat. Na chwilę obecną, poza Kamilem Stochem, mamy sześciu zawodników na prawie równym poziomie. Niektórzy liczą na magię Engelbergu, ja wolę czekać na dalszą poprawę dyspozycji naszych Orłów.
Trzeba naszemu podwójnemu mistrzowi olimpijskiemu w Soczi przyznać, że w dostarczaniu nerwów swoim kibicom również jest bardzo dobry. Bezpunktowe konkursy w każdym z sezonów stały się praktycznie normą dla skoczka z Zębu. Po spokojnych rządach Orła z Wisły, Kamil Stoch, oprócz euforii, wlewa w nasze serca sporo niepewności. Jednak gdyby tak się zastanowić, to właśnie dla tego dreszczyku ludzie pasjonują się sportem.
Szukając analogii w aktualnej dyspozycji mistrza świata z Predazzo, najbliżej można ją znaleźć, przyglądając się poczynaniom Andersa Jacobsena z sezonu 2012/2013. Norweg w tamtym okresie również skakał mocno w kratkę, lecz różnica między tymi dwoma zawodnikami polega na rozpiętości zajmowanych przez nich miejsc. Nasz reprezentant zamyka stawkę lub plasuje się w okolicach dziesiątki, a zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni z sezonu 2006/2007 jeżeli nie zepsuł swojej próby, to bił się o zwycięstwo. Miejmy nadzieję, że Kamil Stoch na międzyrocznej imprezie zaprezentuje się równie dobrze, jak trzy lata temu jego pierwowzór. Choć stuprocentowego powtórzenia historii też nie preferuję, gdyż najmilej byłoby zobaczyć naszego skoczka na najwyższym stopniu podium.
Niestety, szanse na wywalczenie Pucharu Świata z tygodnia na tydzień maleją. Nie dotyczy to jedynie 28-latka z Zębu, lecz każdego zawodnika spoza dwójki Peter Prevc-Severin Freund. Można powiedzieć, że ci dwaj zawodnicy to kompletne przeciwieństwa. Jeden zachwycał już jako 17-latek, drugi jako junior nie wychylał się ponad szereg. Słoweniec słynie z zajmowania wszystkich miejsc na czele poza pierwszym, za to Niemiec ma już na koncie trzy z pięciu najważniejszych tytułów. Do tego, Prevc zazwyczaj na skoczni zachowuje kamienną twarz, podczas gdy Freund swoimi nietypowymi wyrazami twarzy często bawi.
W każdym razie, zaglądając do klasyfikacji generalnej, można zauważyć już ponad 60-punktową przewagę tego duetu nad resztą stawki. Rzucają się w oczy również nazwiska, które znajdują się tuż za nimi. O ile Alexander Stoeckl może być dumny ze swojej hordy Norwegów na miejscach 3-6, to z całym szacunkiem dla jego zawodników, ale w walce o Kryształową Kulę ze znacznie bardziej obeznanymi w trudach sezonu zawodnikami mogą mieć spore problemy. Według mnie, jedyne realne zagrożenie dla dominatorów z Niemiec i Słowenii może w skandynawskiej grupie stanowić Johann Andre Forfang. Spośród całej czwórki, Mistrz Świata Juniorów wydaje się najstabilniejszym zawodnikiem, lecz nawet dla niego za wcześnie na boje o podium generalki. Reszta stawki traci już do dwóch pierwszych miejsc w graniach 200 punktów. Niby można to odrobić, jednak Prevcowi oraz Freundowi trudno wydrzeć taką przewagę. Chyba że aktualnym przodownikom tabeli będą przytrafiać się takie zaćmienia, jak te w niedzielę - obrońca Kryształowej Kuli po świetnym sobotnim występie, w drugich zawodach kompletnie zgasł. Za utratę koszulki lidera może winić tylko siebie.
Bieżąca sytuacja bardzo przypomina to, co działo się za panowania Gregora Schlierenzauera i Simona Ammanna. Zanim pierwszy zagubił się, a drugi zapomniał o lądowaniu telemarkiem, ci dwaj skoczkowie zaczynali z bardzo wysokiego pułapu, zostawiając resztę stawki daleko w tyle już przed Turniejem Czterech Skoczni. Wygląda na to, że po kilku sezonach z bardzo wyrównaną stawką, może znów nastać epoka dwóch dominatorów.
Trudno napisać coś więcej o aktualnej dyspozycji poszczególnych zawodników - powodem tego jest specyfika skoczni w Niżnym Tagile. Osobiście nie przypadła mi ona do gustu. Rosyjski obiekt wydaje się jedną z tych skoczni, w których decydującą rolę odgrywa wiatr. Bardzo premiuje ona również zawodników z bardziej "lotną" techniką skakania. Widać to było przy finałowym skoku Kamila Stocha - zdawało się, że Polak spadnie na setnym metrze, jednak jakimś cudem wiatr wyniósł go poza rozmiar skoczni. Mi znacznie bardziej odpowiadają obiekty, które nie sprzyjają określonemu typowi zawodników i nie są tak podatne na warunki atmosferyczne. W cenę tego bez problemu mogę wliczyć utratę nieprzewidywalności widowiska.
Nastał czas na Engelberg. Łukasz Kruczek zdecydował się na jedną zmianę w składzie - w miejsce jedynego Polaka bez punktów z poprzedniego zestawienia, Jana Ziobry, pojedzie Andrzej Stękała. Decyzja ta wywołała niemały szok - chyba pierwszy raz od lat dyspozycja skoczka wzięła górę nad walką o limity. Na szczęście nikt w kadrze nie łudził się, że pauzujący obecnie zawodnik może z taką formą powtórzyć swój sukces sprzed dwóch lat. Na chwilę obecną, poza Kamilem Stochem, mamy sześciu zawodników na prawie równym poziomie. Niektórzy liczą na magię Engelbergu, ja wolę czekać na dalszą poprawę dyspozycji naszych Orłów.
Sportowi kibice Barcelonę kojarzą przede wszystkim dzięki grającej tam piłkarskiej ekipie Blaugrany. Tym razem stolica Katalonii stała się ważnym miejscem dla fanów sportów zimowych. W tym nijak nie spokrewnionym ze skokami narciarskimi miejscu czekaliśmy na ogłoszenie wielu bardzo ważnych dla tej dyscypliny decyzji.
Zacznijmy od największej bomby minionego kongresu FIS. Ogromną burzę wywołały nowe przepisy rozgrywania konkursów lotów narciarskich. Międzynarodowa Federacja Narciarska postanowiła podzielić w pierwszej serii zawodników na cztery grupy. Do drugiej rundy miałoby awansować po sześciu najlepszych z każdej z nich, a do końcowego wyniku oprócz dwóch skoków z głównych zawodów, byłby dołączany rezultat z kwalifikacji. W internecie szybko podniósł się lament, że to ciężkie do zrozumienia, że to cyrk, że wypaczy to wyniki. Dla mnie system rzeczywiście ma wiele wad, lecz nie prezentuje się tak źle, jak ostatnie pomysły Hofera i spółki.
Mała uwaga: Nie wiadomo w stu procentach, jak zawodnicy zostaną rozdzieleni w grupach po kwalifikacjach. Mam jednak nadzieję, że w Międzynarodowej Federacji Narciarskiej nie pracują kompletni ignoranci i obok siebie nie znajdzie się najlepsza dziesiątka kwalifikacji. Jeżeli podczas LGP zobaczymy ten niechciany przez kibiców podział grup, będę musiał się zgodzić z przeciwnikami nowego pomysłu autorstwa FIS. System, w którym kosztem światowej czołówki PŚ do drugiej (a właściwie to trzeciej) rundy będą awansować zawodnicy z zaplecza, nie ma zwyczajnie sensu. Nie potrafię sobie jednak wyobrazić, by ktoś przepuścił coś takiego - nawet nasz skokowy Krzysiu Jarzyna.
Według mnie, największą zaletą nowego systemu jest to, że na końcowy wynik składa się łączna nota z trzech serii - dzięki temu wyniki powinny stać się bardziej sprawiedliwe. Nie będzie można liczyć na jednorazowy wyskok, a swoje miejsce trzeba będzie przypieczętować trzema solidnymi próbami. Konkursów na mamutach mamy mało i przy wyłanianiu ich zwycięzców nie powinno znaleźć się miejsce dla przypadku.
Dodatkowo, jeżeli FIS rozdzieli zawodników w rozsądny sposób i mocni skoczkowie zostaną rozmieszani po czterech grupach, będziemy świadkami dalekich lotów przez całą serię w miarę równych odstępach. Nie powtórzy się sytuacja z Vikersund z 2011 roku, kiedy to mniej-więcej do piętnastego numeru startowego wszyscy lądowali w okolicach buli. Ustawienie najlepszych w różnych miejscach listy startowej zapobiegnie temu i podniesie w pewnym stopniu widowiskowość zawodów.
Problem z tą propozycją FIS-u jest jednak taki, że w dzisiejszych czasach nie sprawdzi się najlepiej. Bez systemu rekompensaty i przy starych kombinezonach jury nie mieszało tak bardzo z belkami w trakcie konkursów. Teraz w trakcie jednej serii rozbieg na mamucie zmieniany jest czasami nawet po 4-5 razy. Wyobraźmy sobie sytuację, w której to mocni i słabi zawodnicy skaczą w wymieszanej kolejności. W trakcie pełnej rundy konkursowej trzeba by było czterokrotnie podwyższać pozycję belki startowej dla słabszych skoczków, a potem obniżać rozbieg dla tych mocniejszych. Do działań jury zacząłby jeszcze bardziej pasować motyw z Benny'ego Hilla.
To jednak nie koniec wad grupowej rozgrywki. Jeżeli podczas konkursów mielibyśmy styczność ze zmiennymi warunkami, rozmieszczenie najlepszych w różnych miejscach listy startowej nie wpłynie pozytywnie na sprawiedliwość rezultatów na górze stawki. W przypadku, gdy w jednej grupie pojawi się silny ciąg pod narty, najlepszy skoczek z tego grona może mocno odlecieć reszcie.
Niektórzy pisali, że dostaniemy przez ten system mniej skoków w ramach jednego weekendu - w sumie jest tym trochę racji, jednak trzeba pamiętać, że najlepsi często odpuszczali kwalifikacje - w nowym systemie nie mieliby takiej możliwości. Dodatkowo, od teraz trzeba by kłaść duży większy nacisk na serię kwalifikacyjną - nikt nie skakałby na pół gwizdka.
Krótko mówiąc - jeżeli grupy zostaną dobrze podzielone, ta propozycja na tle przeliczników i zmian w kombinezonach prezentuje się nieźle. Nie będę za nią płakał, jeżeli nie przejdzie, ale pamiętajmy - to FIS, oni potrafią wymyślić znacznie gorsze przepisy. Swoją drogą, to już druga próba przepchnięcia systemu grupowego do skoków - za pierwszym podejściem po testach podczas LGP w 2000r z niego zrezygnowano.
W Barcelonie FIS opublikował również kalendarz na najbliższe dwa sezony. Po wielu latach deklaracji przeniesienia części konkursów PŚ na wschód, w końcu w terminarzu pojawiły się skocznie w Rosji i Kazachstanie. Szkoda, że w tych działaniach brakuje trochę rozmysłu - zamiast zrobić jeden period ze wschodnimi zawodami, panowie z FIS-u postanowili rozrzucić je po całym kalendarzu. W takim przypadku na 95% każdy zawodnik czołówki odpuści sobie któryś weekend z grona Ałmaty, Czajkowski i Sapporo. Gdyby te miejsca ustawić obok siebie, wątpię, by ktoś sobie zrezygnował z sześciu konkursów pod rząd.
Sporo kibiców liczyło na pożegnanie się z Kuusamo i Harrachovem - pierwsze miasto pozostało w kalendarzu, drugie wymieniono na Liberec. Nie wiem, czy zmiana czeskich miast coś da, gdyż na Jested problemy z wiatrem również występowały dosyć często. Jeśli chodzi o Rukę, to nie wiem, jakie kryteria ma FIS, jeżeli po minionym sezonie włodarze federacji przekonali się do pozostawienia fińskiego obiektu w PŚ. Ciekawie będzie wyglądał sezon 2015/2016, kiedy to po styczniowych Mistrzostwach Świata w Lotach w Kulm do marca zostanie jedynie walka o Kryształową Kulę. Miejmy nadzieję, że nikt nie wyskoczy wtedy ze świetną formą i pod koniec sezonu zostaniemy z jakimikolwiek emocjami. No dobra, jakby tym kimś był Polak, to bym się nie obraził.
Na organizatora MŚ w 2019r wybrano Seefeld. Te głosowania dla niektórych organizatorów muszą być irytujące - Ałmaty i Planica mają gotowe kapitalne kompleksy do uprawiania narciarstwa klasycznego, a okazuje się, że niby otwarte na nowe kierunki FIS wybierze lokacje, które swoją szansę dostały niedawno lub mają już całkiem ważną imprezę u siebie - w Innsbrucku co roku odbywa się przecież Turniej Czterech Skoczni. Słoweńcom za stworzenie takiego kapitalnego kompleksu po prostu należał się czempionat. Skoro Bloudkova Velikanka nie wyrzuci z Pucharu Świata Letalnicy, powinna przynajmniej dostać swoje dwa konkursy podczas LGP - przynajmniej poziom i zainteresowanie publiczności stałyby na niezłym poziomie.
Podsumowując, FIS tylko udaje, że chce zmian w kalendarzu. Działania Hofera i spółki mówią co innego - cały czas premiują oni te same lokacje. Nie ma co zgłaszać się z nowymi propozycjami, skoro po dziesiątym odwołanym konkursie Ruka wróci do Pucharu Świata, a przy głosowaniu na MŚ jedynym dylematem będzie to, czy wygra Oberstdorf, czy Seefeld. Nic dziwnego, że nawet jeżeli FIS wymyśli coś nie do końca złego, wśród kibiców podnosi się krzyk przerażenia. Międzynarodowa Federacja Narciarska swoją renomę zyskała w dużej mierze zasłużenie.
Zacznijmy od największej bomby minionego kongresu FIS. Ogromną burzę wywołały nowe przepisy rozgrywania konkursów lotów narciarskich. Międzynarodowa Federacja Narciarska postanowiła podzielić w pierwszej serii zawodników na cztery grupy. Do drugiej rundy miałoby awansować po sześciu najlepszych z każdej z nich, a do końcowego wyniku oprócz dwóch skoków z głównych zawodów, byłby dołączany rezultat z kwalifikacji. W internecie szybko podniósł się lament, że to ciężkie do zrozumienia, że to cyrk, że wypaczy to wyniki. Dla mnie system rzeczywiście ma wiele wad, lecz nie prezentuje się tak źle, jak ostatnie pomysły Hofera i spółki.
Mała uwaga: Nie wiadomo w stu procentach, jak zawodnicy zostaną rozdzieleni w grupach po kwalifikacjach. Mam jednak nadzieję, że w Międzynarodowej Federacji Narciarskiej nie pracują kompletni ignoranci i obok siebie nie znajdzie się najlepsza dziesiątka kwalifikacji. Jeżeli podczas LGP zobaczymy ten niechciany przez kibiców podział grup, będę musiał się zgodzić z przeciwnikami nowego pomysłu autorstwa FIS. System, w którym kosztem światowej czołówki PŚ do drugiej (a właściwie to trzeciej) rundy będą awansować zawodnicy z zaplecza, nie ma zwyczajnie sensu. Nie potrafię sobie jednak wyobrazić, by ktoś przepuścił coś takiego - nawet nasz skokowy Krzysiu Jarzyna.
Według mnie, największą zaletą nowego systemu jest to, że na końcowy wynik składa się łączna nota z trzech serii - dzięki temu wyniki powinny stać się bardziej sprawiedliwe. Nie będzie można liczyć na jednorazowy wyskok, a swoje miejsce trzeba będzie przypieczętować trzema solidnymi próbami. Konkursów na mamutach mamy mało i przy wyłanianiu ich zwycięzców nie powinno znaleźć się miejsce dla przypadku.
Dodatkowo, jeżeli FIS rozdzieli zawodników w rozsądny sposób i mocni skoczkowie zostaną rozmieszani po czterech grupach, będziemy świadkami dalekich lotów przez całą serię w miarę równych odstępach. Nie powtórzy się sytuacja z Vikersund z 2011 roku, kiedy to mniej-więcej do piętnastego numeru startowego wszyscy lądowali w okolicach buli. Ustawienie najlepszych w różnych miejscach listy startowej zapobiegnie temu i podniesie w pewnym stopniu widowiskowość zawodów.
Problem z tą propozycją FIS-u jest jednak taki, że w dzisiejszych czasach nie sprawdzi się najlepiej. Bez systemu rekompensaty i przy starych kombinezonach jury nie mieszało tak bardzo z belkami w trakcie konkursów. Teraz w trakcie jednej serii rozbieg na mamucie zmieniany jest czasami nawet po 4-5 razy. Wyobraźmy sobie sytuację, w której to mocni i słabi zawodnicy skaczą w wymieszanej kolejności. W trakcie pełnej rundy konkursowej trzeba by było czterokrotnie podwyższać pozycję belki startowej dla słabszych skoczków, a potem obniżać rozbieg dla tych mocniejszych. Do działań jury zacząłby jeszcze bardziej pasować motyw z Benny'ego Hilla.
To jednak nie koniec wad grupowej rozgrywki. Jeżeli podczas konkursów mielibyśmy styczność ze zmiennymi warunkami, rozmieszczenie najlepszych w różnych miejscach listy startowej nie wpłynie pozytywnie na sprawiedliwość rezultatów na górze stawki. W przypadku, gdy w jednej grupie pojawi się silny ciąg pod narty, najlepszy skoczek z tego grona może mocno odlecieć reszcie.
Niektórzy pisali, że dostaniemy przez ten system mniej skoków w ramach jednego weekendu - w sumie jest tym trochę racji, jednak trzeba pamiętać, że najlepsi często odpuszczali kwalifikacje - w nowym systemie nie mieliby takiej możliwości. Dodatkowo, od teraz trzeba by kłaść duży większy nacisk na serię kwalifikacyjną - nikt nie skakałby na pół gwizdka.
Krótko mówiąc - jeżeli grupy zostaną dobrze podzielone, ta propozycja na tle przeliczników i zmian w kombinezonach prezentuje się nieźle. Nie będę za nią płakał, jeżeli nie przejdzie, ale pamiętajmy - to FIS, oni potrafią wymyślić znacznie gorsze przepisy. Swoją drogą, to już druga próba przepchnięcia systemu grupowego do skoków - za pierwszym podejściem po testach podczas LGP w 2000r z niego zrezygnowano.
W Barcelonie FIS opublikował również kalendarz na najbliższe dwa sezony. Po wielu latach deklaracji przeniesienia części konkursów PŚ na wschód, w końcu w terminarzu pojawiły się skocznie w Rosji i Kazachstanie. Szkoda, że w tych działaniach brakuje trochę rozmysłu - zamiast zrobić jeden period ze wschodnimi zawodami, panowie z FIS-u postanowili rozrzucić je po całym kalendarzu. W takim przypadku na 95% każdy zawodnik czołówki odpuści sobie któryś weekend z grona Ałmaty, Czajkowski i Sapporo. Gdyby te miejsca ustawić obok siebie, wątpię, by ktoś sobie zrezygnował z sześciu konkursów pod rząd.
Sporo kibiców liczyło na pożegnanie się z Kuusamo i Harrachovem - pierwsze miasto pozostało w kalendarzu, drugie wymieniono na Liberec. Nie wiem, czy zmiana czeskich miast coś da, gdyż na Jested problemy z wiatrem również występowały dosyć często. Jeśli chodzi o Rukę, to nie wiem, jakie kryteria ma FIS, jeżeli po minionym sezonie włodarze federacji przekonali się do pozostawienia fińskiego obiektu w PŚ. Ciekawie będzie wyglądał sezon 2015/2016, kiedy to po styczniowych Mistrzostwach Świata w Lotach w Kulm do marca zostanie jedynie walka o Kryształową Kulę. Miejmy nadzieję, że nikt nie wyskoczy wtedy ze świetną formą i pod koniec sezonu zostaniemy z jakimikolwiek emocjami. No dobra, jakby tym kimś był Polak, to bym się nie obraził.
Na organizatora MŚ w 2019r wybrano Seefeld. Te głosowania dla niektórych organizatorów muszą być irytujące - Ałmaty i Planica mają gotowe kapitalne kompleksy do uprawiania narciarstwa klasycznego, a okazuje się, że niby otwarte na nowe kierunki FIS wybierze lokacje, które swoją szansę dostały niedawno lub mają już całkiem ważną imprezę u siebie - w Innsbrucku co roku odbywa się przecież Turniej Czterech Skoczni. Słoweńcom za stworzenie takiego kapitalnego kompleksu po prostu należał się czempionat. Skoro Bloudkova Velikanka nie wyrzuci z Pucharu Świata Letalnicy, powinna przynajmniej dostać swoje dwa konkursy podczas LGP - przynajmniej poziom i zainteresowanie publiczności stałyby na niezłym poziomie.
Podsumowując, FIS tylko udaje, że chce zmian w kalendarzu. Działania Hofera i spółki mówią co innego - cały czas premiują oni te same lokacje. Nie ma co zgłaszać się z nowymi propozycjami, skoro po dziesiątym odwołanym konkursie Ruka wróci do Pucharu Świata, a przy głosowaniu na MŚ jedynym dylematem będzie to, czy wygra Oberstdorf, czy Seefeld. Nic dziwnego, że nawet jeżeli FIS wymyśli coś nie do końca złego, wśród kibiców podnosi się krzyk przerażenia. Międzynarodowa Federacja Narciarska swoją renomę zyskała w dużej mierze zasłużenie.